Kolegiata pw. Bożego Ciała w Jarosławiu

Witaj na kolegiata.org ! powrót do strony głównej

 

Dziś jest 20-02-2019, świętujemy imieniny: Anety, Lehca, Leona. | Sprawdź także liturgię na dziś.

ŻYCZĘ WSZYSTKIM ŻYWEJ WIARY

04.01.2011 @ 20.53

ŻYCZĘ WSZYSTKIM ŻYWEJ WIARY

ŻYCZĘ WSZYSTKIM ŻYWEJ WIARY
Z pochodzącym z naszej diecezji ks. Mariuszem Stawarzem, który od 4 lat posługuje jako misjonarz w Kazachstanie, rozmawia Marek Przybylski

 

- Naszą rozmowę prowadzimy dzięki jednemu z komunikatorów internetowych. Jarosław i Kellerowkę w Kazachstanie, w której Ksiądz obecnie posługuje, dzieli bowiem ok. 4 tys. km.

- To prawda. Sam dojazd z Polski do tego miejsca jest dość trudny. Interesującym sposobem dotarcia jest podróż samochodem. Niestety, jest to trochę skomplikowana sprawa, bo trzeba znać miejsca, w których można się zatrzymać na terenie Rosji. Taka droga, jeśli samochód jedzie ciągle bez postojów i jest trzech kierowców na zmianę, może trwać ponad dwie doby. Drugą możliwością jest skorzystanie z kolei. W okresie letnim kursuje pociąg z Warszawy do Astany, podróż trwa 4 doby. W tym czasie tworzy się niezwykle rodzinna, bardzo przyjazna atmosfera między pasażerami. Oczywiście przekracza się kilka granic: polsko – ukraińską, ukraińsko – rosyjską, rosyjsko – kazachską, później z powrotem wjeżdża się do Rosji, by za kilka godzin ponownie wjechać do Kazachstanu. Większość granic pokonuje się nocą, dlatego kontrole graniczne są bardzo meczące. Ostatnią, najprostszą i najszybszą możliwością jest droga lotnicza. W zależności od sytuacji pasażera, można tą odległość pokonać na kilka sposobów. Nie ma bezpośredniego połączenia lotniczego Astany z Warszawą czy Krakowem. Podróżujemy z przesiadką przez różne miasta, np. przez Moskwę, Petersburg, Kijów, Mińsk, Wiedeń lub Frankfurt nad Menem. Zawsze szuka się najtańszych, promocyjnych rozwiązań. Koszty są dużo wyższe niż loty na terenie Europy.

- Kapłan pochodzący z Hyżnego nie pracuje w jednej z parafii naszej archidiecezji, ale wyjeżdża do Kazachstanu... Co zadecydowało o wyborze misyjnej drogi? Czy coś szczególnego wydarzyło się w Księdza życiu?

- Trudne pytanie. Myśl o misjach była już we mnie w czasie studiów. Do Seminarium Duchownego w Przemyślu przyjeżdżali biskupi, misjonarze z różnych stron świata, by dzielić się swoimi radościami i smutkami życia misyjnego. Wtedy w moim sercu rodziło się pragnienie, aby również kiedyś pojechać do ludzi, którzy potrzebują Pana Boga, Mszy św., sakramentów. Mając za sobą cztery lata kapłaństwa i jakieś doświadczenie posługi duszpasterskiej w Polsce w dwóch parafiach (miejskiej i wiejskiej), postanowiłem wyjechać na tereny misyjne.

- Dlaczego wybór padł właśnie na Kazachstan?

- Decydując się na misje, nie miałem konkretnego planu. Nie myślałem o konkretnym państwie, do którego chciałbym pojechać. Zgłaszając chęć wyjazdu na misje Arcybiskupowi Przemyskiemu, deklarowałem otwartość posługi kapłańskiej tam, gdzie ludzie potrzebują najbardziej Pana Boga. W tym okresie pojawiło się zapotrzebowanie na księdza w Kazachstanie. Po kontakcie z ks. abp. Tomaszem Petą, ordynariuszem Astany, wybrałem właśnie Kazachstan.

- Po przyjeździe do nieznanego kraju trudną rzeczą z pewnością było obycie się z językiem i miejscową kulturą...

- Gdy człowiek przybywa do nowego miejsca, zawsze problemem jest język. W Kazachstanie posługujemy się rosyjskim. Kiedy znalazłem się już tutaj, okazało się, że moja znajomość języka, zdobyta w polskiej szkole, nie jest tak dobra, jak mi się wydawało, jaka być powinna, i trzeba było nieco się podszkolić. Kazachstan to państwo wielonarodowościowe (ok. 130 narodowości) i wielokulturowe. Jeśli chodzi o kulturę, to nie stanowi ona dla nas, misjonarzy, wielkiego problemu. W północnej części Kazachstanu pracujemy bowiem w środowiskach, gdzie ludności rdzennie kazachskiej jest mniej. W naszych kościołach i codziennej pracy spotykamy się z ludźmi o pochodzeniu polskim, niemieckim i rosyjskim. Są to w większości osoby, które miały korzenie katolickie. W miastach zdarzają się sytuacje przyjęcia chrztu osób pochodzenia kazachskiego lub innego.

- Zapewne przeszkodą dla osoby, która przyjeżdża z zewnątrz, jest miejscowy klimat.


- Rzeczywiście, klimat jest bardzo uciążliwy, szczególnie zimą. Pogoda bardzo często się zmienia. Wieją porywiste, zimne wiatry, temperatura spada do -35°C, a czasem i niżej. Kolejna sprawa to problem z przemieszczaniem się w okresie zimowym. Drogi nie są odśnieżane. Zdarza się, że dojeżdżam gdzieś na Mszę św. bez większych problemów. Natomiast powrót jest już zagrożony zaspami czy zamiecią. Poważną przeszkodą są również odległości między miejscowościami. Można przebyć ponad 20 kilometrów i po drodze nie spotkać żadnego przejeżdżającego samochodu ani wioski. Najtrudniej jest właśnie zimą. W opisanych warunkach, przy mocnym mrozie z wiatrem, gdyby zepsuł się samochód, można bardzo szybko zamarznąć.

- Proszę powiedzieć coś na temat parafii, w której Ksiądz pracuje.


- Historia parafii w Kellerowce sięga początku istnienia wioski (roku 1905), kiedy to osadnicy, kolonizatorzy niemieccy, przyjechali znad Wołgi, założyli miejscowość i wybudowali kościół pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu. Świątynia funkcjonowała do czasów rewolucji, następnie została skonfiskowana i zamieniona na spichlerz, a po II wojnie światowej rozebrana. W 1936 r. na te tereny zostali przywiezieni Polacy z Ukrainy – z okolic Żytomierza, Chmielnickiego i Kamieńca Podolskiego, a w 1940 r. przywieziono Niemców z Rosji, znad Wołgi. Ludność ta zbierała się potajemnie w domach na modlitwie przy zamkniętych drzwiach i zasłoniętych oknach. Po okresie stalinowskim zdarzało się, że pojawiał się w wielkiej konspiracji kapłan na jedną noc. Spowiadał, udzielał sakramentów i „znikał”. W 1985 r. wybudowano nowy kościół. Oprócz miejscowości Kellerowka, do parafii należy jeszcze 12 wiosek. Najbliższa oddalona jest o 7 km, najdalsza o 54. Jestem jedynym kapłanem w parafii, ale obecnie mam do pomocy diakona.

- Nie w każdej z tych miejscowości zapewne znajduje się kościół?


- W Kellarowce mamy kościół parafialny, przy którym mieszkam. W miejscowości Krasnokamionka znajduje się drugi, a w pozostałych są tylko kaplice. Są to dawne domy, w których niegdyś mieszkali ludzie. Kiedy powyjeżdżali, zostały one przekazane lub wykupione z przeznaczeniem na kaplice. W jednej z miejscowości modlimy się w kaplicy, która oficjalnie należy do wspólnoty luterańskiej. Gdzie indziej znowu, z powodu braku kaplicy, spotykamy się w domach prywatnych. Różnorodność tych wiosek pod względem narodowościowym jest bardzo duża. To wpływa na liczebność naszej wspólnoty i stopień zaangażowania. Jeśli w danym miejscu mamy Polaków, to można powiedzieć, że wspólnota jest prężna. Tam, gdzie jest ich mniej, wspólnoty są słabsze i nie tak zaangażowane religijnie. Generalnie nasze wioski w pewnym sensie wymierają. Młodzież wyjeżdża do szkoły do miasta. Po ukończeniu nauki niestety nie wraca, na wsi nie ma pracy. Z terenu Kazachstanu wiele osób wyjeżdża za granicę. Młodzież polskiego pochodzenia podejmuje studia w Ojczyźnie przodków. Osoby pochodzenia niemieckiego i polskiego w ramach repatriacji udają się do krajów, z których się wywodzą. Sporo rodzin emigruje do Rosji.

- Jak wiele osób na terenie parafii korzysta z posługi księdza katolickiego?

- Człowiek Zachodu odbiera te sprawy odmiennie, interesują go liczby. My patrzymy na to inaczej. Największą wspólnotę mamy w Kellarowce. Tutaj na Mszę niedzielną przychodzi średnio 60 – 70 osób, z czego 30 systematycznie. Pozostali bywają rotacyjnie. Jedni są raz w miesiącu, inni co kilka miesięcy albo tylko na święta. Jest to pewien problem, z drugiej zaś strony pojawiają się argumenty usprawiedliwiające tych ludzi – praca, daleka droga do kościoła, temperatura, wiek... Jak wygląda sytuacja w innych wioskach? Bardzo różnie. Mogę przytoczyć tu przykład miejscowości, do której przyjeżdżałem ze względu na jedną chorą babcię. Przywoziłem jej Pana Jezusa, a z czasem zaczęły przychodzić inne osoby. Są to jednak prawosławni, którzy pozostają poza jednością z Kościołem katolickim. Wobec tego nie mogę tych osób spowiadać, nie mogę udzielać im sakramentów. Jednak wspólnie się modlimy – i to jest piękne. Jest też jedna osada, do której w ostatnich latach jeździliśmy (mój poprzednik i ja) ze względu na dzieci. To taka wyludniająca się wioska. Do szkoły chodziło tam zaledwie 6 dzieci, teraz uczą się w innej miejscowości. Przyjeżdżają do domu na wakacje czy ferie i wtedy odwiedzam tą miejscowość częściej.

- Jak od strony zewnętrznej wygląda Wigilia Bożego Narodzenia na misjach w Kazachstanie?

- To, co różni ją od wigilii przeżywanych przeze mnie w Polsce, to brak bliskich mi osób – rodziców, rodzeństwa. W poprzednich latach tutejsze wigilie organizowaliśmy razem z siostrami zakonnymi, które pracowały w mojej parafii. One wszystko przygotowywały. Zawsze przy stole zasiadał jakiś kleryk czy inne osoby. Tym razem świętowaliśmy już bez sióstr, gdyż opuściły naszą parafię. Wigilię przeżywałem z diakonem oraz byłym seminarzystą – bardzo zaangażowanym w posługę w jednej z naszych wiosek, a jednocześnie nie mającym duchowego oparcia w rodzinie, która jest w zasadzie niewierząca. Wraz z diakonem przygotowałem tradycyjne potrawy na wigilijny stół. Spędziliśmy ten czas bardzo miło, przy dźwięku kolęd. Po wieczerzy ruszyliśmy do jednej z wiosek, gdzie o godz. 20 trzeba było odprawić Pasterkę. Później powrót do wioski parafialnej i kolejna Pasterka.

- Nasza rozmowa odbywa się 4 dni po Bożym Narodzeniu. Kiedy zakończy się liturgiczne świętowanie tej uroczystości w całej parafii? W jeden dzień nie jest Ksiądz przecież w stanie być we wszystkich miejscach.

- Każdego dnia dojeżdżam do 2 wiosek. Jutro (30 grudnia) zakończę liturgiczne świętowanie Narodzenia Pańskiego w ostatniej miejscowości.

- Czego w tym świąteczno – noworocznym czasie można życzyć misjonarzowi posługującemu 4 tysiące kilometrów od Polski?


- Przede wszystkim wiary, takiej osobistej wiary. Bez niej pobyt na tych terenach nie ma sensu. Na drugim miejscu tego, żebym służył Panu Bogu (nie sobie) i pracował na chwałę Bożą, a nie swoją. Kolejna sprawa dotyczy tego, by się nie zatrzymywać, nie patrzeć wstecz, nie szukać owoców swojej pracy, tylko zostawić je samemu Panu Bogu. Często chcemy widzieć owoce naszej służby. Tymczasem w tych warunkach nieraz trudno je dostrzec; bywają ukryte, po ludzku za małe i nie spełniają naszych oczekiwań. Dlatego pojawia się zgorzknienie, okresy rezygnacji, zniechęcenia. Zatem najważniejsze to życzyć wiary i miłości do Pana Boga oraz ludzi.

- A czego życzyłby Ksiądz wiernym Kościoła katolickiego w Polsce?


- Życzyłbym również mocnej wiary. Ona jest bowiem początkiem naszej relacji z Panem Bogiem. Jeżeli wierzymy, to otwieramy się na Boże działanie, na Boże słowo. Kiedy pojawiają się różne trudności, nie boimy się ich, gdy mamy wiarę. Aniołowie, którzy przychodzą do pasterzy i zwiastują im radosną wieść o Narodzeniu Pana Jezusa, mówią: „Nie bójcie się”. Pan Bóg na kartach Pisma Świętego wiele razy powtarza: „Nie bójcie się”. Jeżeli będzie w nas wiara, to nie będzie w nas lęku. I będziemy w stanie pokonać wszelkie trudności.

- Niech zatem te życzenia spełnią się w Księdza i naszym życiu. Dziękuję za rozmowę.
 


Red.

«« Wstecz