Kolegiata pw. Bożego Ciała w Jarosławiu

Witaj na kolegiata.org !

 
Dziś jest 31.07.2010, świętujemy imieniny: Ignacego, Lodomiry, Romana | Dzisiejszą liturgię znajdziesz tutaj

Nowenna środowa w Kolegiacie

24.01.2010 @ 19.41

Kazanie z nabożeństwa o koronację. NIECH MARYJA DOZNAJE CZCI W KOLEGIACIE

Kazanie z nabożeństwa o koronację. NIECH MARYJA DOZNAJE CZCI W KOLEGIACIE
W tym roku w pierwsze środy miesiąca nabożeństwom o koronację wizerunku Matki Bożej Śnieżnej przewodniczyć będą kapłani należący do Kapituły Kolegiackiej. Jako pierwszy, 6 stycznia kazanie wygłosił ks. Stanisław Bartmiński, emerytowany proboszcz z Krasiczyna, recenzent scenariusza do serialu Plebania. Poniżej drukujemy tekst wygłoszonego słowa.

 

Usłyszeliśmy przed chwilą, że Mędrcy uradowali się bardzo, mogąc stanąć przed Maryją; oddać pokłon Jej i Dziecięciu. Potem spokojnie wrócili do domu. Bardzo się ucieszyłem, że Wasz Ksiądz Proboszcz zechciał mnie zaprosić na dzisiejszą uroczystość, że mogę razem z Wami stanąć u stóp Matki Najświętszej, która na swoich kolanach trzyma to małe Dziecko – Syna Bożego. Kilka dni temu (1 stycznia) oddawaliśmy Jej cześć w święto Bożego Macierzyństwa. Przez cały rok, który rozpoczynamy, będziemy się modlić, aby Ona doznała czci w Kolegiacie, w ukoronowanym obrazie.
 

Moi Drodzy, przyjechałem dziś do Was z tego „dalekiego wschodu” i przyprowadziłem z darami trzech pomocników. Chciałbym teraz Wam ich przedstawić. Są to trzy postacie z dziejów Krasiczyna – miejscowości, w której byłem proboszczem przez tyle lat, ile Ksiądz Władziu u Was jest wikarym – czyli od roku siedemdziesiątego. Teraz już jestem rezydentem i zaczynam czterdziesty rok posługi w Krasiczynie.
 

Pierwszą postacią jest wielki pan na Krasiczynie, który nazywał się Marcin Krasicki. Jego ojciec przybył tam spod Rostkowa, gdzie się urodził św. Stanisław. Wtedy jeszcze nie było Krasiczyna, była Śliwnica, tam wybudował przepiękny dwór, zamek obronny (na pewno wielu z Was widziało ) – jeden z najpiękniejszych w Polsce, z przepiękną kaplicą odnowioną ostatnio. Tam rozpoczął swoje urzędowanie. Bardzo szybko postępował w karierze, był przyjacielem królów, był zarządcą dóbr królowej Polski i dowódcą jej straży przybocznej. Szybko z ręki króla dostał kilka starostw, województw – był wojewodą podolskim, wystawił jako człowiek bogaty 700 - osobowy oddział wojska na wojnę z Tatarami. Należał do jednych z tych, którzy na czele polskich żołnierzy wkroczyli do Moskwy w czasach Wielkiej Smuty. Dorobił się na tym wielkiego majątku, wybudował zamek. Był też budowniczym wielu kościołów i prawie wszystkie z nich poświęcał Matce Najświętszej. Miał ogromne nabożeństwo do Maryi. Jak będziecie w Przemyślu, nad miastem góruje karmel przemyski – to on ten karmel w roku 1620 wybudował. Umierając, w testamencie napisał, że chce w tej sukni, w której chodzi na co dzień, być pochowany u Ojców Karmelitów Przemyskich. I tak się stało. Tamten kościół poświęcił św. Teresie, ale i Matce Najświętszej. Gdy będziecie Państwo w Zamku Krasiczyńskim w odnowionej kaplicy, zwróćcie uwagę na przepiękny obraz, podobny trochę do Waszego. W testamencie Krasicki zostawił wiele obrazów Matki Najświętszej. Wędrując po świecie, na wschodzie i zachodzie pewnie rabował – bo takie było prawo wojny – kosztowne obrazy Matki Bożej. Kilka kościołów i cerkwie wystawił pod wezwaniem Matki Najświętszej. Mówię to dlatego, bo dzisiaj to Wy jesteście czcicielami Matki Najświętszej. Jej kult jest wpisany w historię naszego narodu od początku. Pierwszy hymn to Bogurodzica, pierwsza świątynia wystawiona pod Jej wezwaniem. A później przez pokolenia jest Maryja obecna w poezji, literaturze, malarstwie. Cały czas ten kult Matki Najświętszej się przebija. Najwybitniejsi Polacy całym sercem zaufali Matce Bożej. Teraz przeżywamy w Polsce taki historyczny moment, że stolica prymasowska wraca z Warszawy do Gniezna. Z całej kolejki prymasów jednego nazywamy Prymasem Tysiąclecia. To właśnie Kardynał Wyszyński wszystko oddał Matce Najświętszej. Całe jego życie, męczeńskie życie, było z Nią związane. Kiedy prześledzimy największe wydarzenia z jego życia, zawsze w jakiś tam sposób związane są z Matką Najświętszą. Jego współwięzień z celi opowiadał, że komuniści chcieli uwolnić Prymasa, stworzyć mu warunki do ucieczki – bo nie mogli sobie z nim poradzić, skandal był na skalę światową. Wtedy on chodził po celi z różańcem w ręku, bił się tym różańcem i mówił: Matko Boża, przecież ja, Twój sługa nie będę jak szczur uciekał. Oni mnie wzięli ze stolicy, oni mnie tam przywiozą. I spełniły się jego słowa. Ja, jako młodziutki kleryk pamiętam, jak wracałem z Komańczy. Kardynał dziękował biskupowi w Przemyślu za to, że stał wytrwale przy nim do końca i wrócił do Warszawy. Później Gomółka prosił Prymasa o pomoc w najtrudniejszych chwilach. On zaufał Matce Bożej i Matka Boża go nie zawiodła. Dlatego Wam, moi kochani, zlecam dziś kult Matki Bożej. Maryja nie potrzebuje naszych złotych sukienek, to nie Ona potrzebuje złotej korony, to my potrzebujemy – żeby na przykład naszych próśb wysłuchiwała. Minął taki czas, żebyśmy czcili Ją na kolanach tylko. To oczywiście jest potrzebne, ale Sobór wskazał też na inny sposób. Sobór pokazuje, że Matka Najświętsza ma być Przewodniczką naszej wiary. Ona nam daje wzór wiary, ta wiara nie może ustać w naszych sercach, my musimy tej wiary dochować. Ona zawierzyła Aniołowi, zawierzyła Panu Bogu. Wyobraźcie sobie, co wówczas w sercu tej młodej dziewczyny się działo. Kiedy św. Józef zauważył, że Ona jest w ciąży i chciał Ją potajemnie opuścić, świat by się Jej zawalił! Ona wiedziała, jak to się stało; Józef nie wiedział. Ale Ona wszystko złożyła u Pana Boga i nie zawiodła się. Jakiej trzeba było wiary, żeby nie zachwiać się, gdy Pana Jezusa biczowali, przybijali do krzyża. Ona jest Przewodniczką naszej wiary, Ona jest Przewodniczką ludzi. Na weselu w Kanie Galilejskiej wielu było gości. Nikt jednak nie zauważył, że wina brakło. Wypatrzyły to Jej matczyne oczy. Ona wymusiła na Synu, żeby dokonał cudu. Pan Jezus miał inne zamiary. „Nie przyszła moja godzina, czego Ty chcesz ode mnie?”. Ale Ona swoje wiedziała i Pan Jezus uległ, bo nikt w całym wszechświecie nie może rozkazywać Jezusowi tak jak Ona, która jest Jego Matką. My możemy Go tylko błagać, a Ona może jedna do Boga mówić: Synu, masz mi to zrobić. Tyś nakazał posłuszeństwo rodzicom. Zupełnie inna jest relacja między Nią a Chrystusem niż między nami i Chrystusem. Dlatego niech Jej słowa, „Cokolwiek Syn mój powie, czyńcie” zapadną nam w serca.
 

Jesteście przyjaciółmi Matki Najświętszej? Postępujcie według prawa Bożego! Tragedią naszego polskiego narodu jest to, że jesteśmy bardzo głusi religijnie. Jesteśmy religijni podczas nabożeństw. Gorzej jest z praktyką codziennego życia. Niech zatem przynajmniej ci, którzy są tu w kościele, wezmą stąd nabożeństwo do Matki Bożej, które będzie się realizować w codziennym życiu. I właśnie ten dar wiary, zaufania, czci do Matki Bożej przynosi z Krasiczyna Marcin Krasicki.
 

Zaprosiłem do Was też dziś Ludwikę z Mniszchów. Po drugim mężu nazywała się Potocka. Żyła ta pani mniej więcej 200 lat po wspominanym Marcinie, była córką wojewody, krakowskiego pana. Urodziła się na początku wieku XVII, dziedziczka wielkiego majątku. Została wyswatana z wojewodą krakowskim Józefem Potockim. W chwili małżeństwa była 20 – letnią panienką, a jej mąż był od niej starszy, bagatela, o 40 lat. Wtedy tak było, trzeba było majątki połączyć – dwa największe w Polsce. Chodziło o dobra Potockich i dobra Mniszchów. I przeżyła z tym mężem prawie 20 lat. Kiedy umarł, osiadła w Krasiczynie. Młoda wdowa, życie przed nią... Ale ona wybrała służbę Panu Bogu i ludziom. Wielki majątek, jakim dysponowała, obróciła na odnowienie podupadłej parafii krasiczyńskiej. Już dzisiaj mogę Was zaprosić w imieniu Proboszcza na 250 – lecie konsekracji krasiczyńskiego kościoła. Ta rocznica będzie obchodzona najprawdopodobniej 20 kwietnia. Ludwika w Krasiczynie założyła szkołę hafciarską. Gromadziła okoliczne dziewczęta ze środowiska polsko-ukraińskiego, nie robiła tam wyjątków. Uczyła pisać, czytać, haftować. Zostawiła po sobie ponad 100 ręcznie wyhaftowanych, przepięknych ornatów. Jedyny, niepowtarzalny zbiór w Polsce, który wyszedł z jednego warsztatu, jest w Krasiczynie właśnie. Teraz są pieczołowicie odnawiane, ale parafii nie stać na to, są to bardzo kosztowne rzeczy. Konserwator warszawski bardzo niechętnie daje na to pieniądze. Ale gdy będziecie Państwo w Krasiczynie, to zobaczycie może zbiór przepięknych ornatów. To właśnie Ludwika dała dziewczętom pracownię. Te dziewczęta: proste, wiejskie wychodziły z zamku krasiczyńskiego i umiały czytać, pisać, miały zawód w ręce, były obyte w świecie, łatwo znajdowały sobie mężów, podnosiły cały poziom umysłowy, kulturalny, religijny w okolicy. I popatrzcie, moi Drodzy, ta osoba tutaj ze mną staje przed Wami, przynosząc drugi dar – pracy społecznej dla innych ludzi. Przekreślenie swoich osobistych ambicji, odnalezienie celów ważniejszych niż swój własny interes, moja własna ambicja. I chciałbym, żeby wszystkich tu obecnych, wraz z Ludwiką z Mniszków Potocką, obudziła odpowiedzialność za innych ludzi, żeby w czasach strasznych, w jakich nam przyszło żyć, żeby się w Was obudziła odpowiedzialność za młode pokolenie. Obyśmy umieli tych ludzi kształcić, przygotować do życia, żebyśmy nie przechodzili obojętnie wobec nędzy, której coraz to więcej jest obok nas. I ta Ludwika Potocka, która dziś ze mną przychodzi oddać cześć Matce Najświętszej w tym obrazie, prosi Was: Weźcie w opiekę te dzieci, które bez Waszej pomocy nie poradzą sobie w życiu.

Czas mija nieubłaganie, a ja mam jeszcze trzeciego kompana z Krasiczyna, którego chciałbym przedstawić. To kardynał Adam Stefan Sapieha. Kiedy upadło powstanie listopadowe, a jednym z jego przywódców był Sapieha, car skonfiskował dobra sapieżyńskie na Litwie i Sapieha musiał uciekać. Wtedy wykupił podupadły zamek krasiczyński i tam założył gniazdo rodowe Sapiehów. Mieszkało w nim czterech wielkich mężów: Leon I, później po latach Leon IV Sapieha, który jako żołnierz Armii Krajowej zginął w 1944 roku. Jeden z tych panów krasiczyńskich to Stanisław, który miał wielu synów i jeden z nich został księdzem, a później biskupem krakowskim i kardynałem. Urodził się w Krasiczynie, tam się wychował, nie chodził do szkoły ludowej – bo to szkoła marna. Kształcił się w domu. Później studiował w wielu miejscach w kraju i za granicą. We Lwowie został wyświęcony na księdza tamtejszej diecezji. Później wyjechał do Rzymu. On otwierał Papieżowi oczy na sprawę Kościoła polskiego – wtedy, gdy Polski nie było na mapach. Bardzo wiele dobrego sprawił. Ten człowiek uczy nas poczucia wielkiej dumy, nieliczenia się z ludzkim względem wobec realizowania dobra i kierowania się określonymi zasadami. Kiedy został biskupem, wypadało mu urządzić przyjęcie. Goście przyjechali z całej Europy, a on zaprosił ponad 300 żebraków krakowskich i zrobił dla nich przyjęcie w dwóch wynajętych salach. Wszyscy zdębieli, jakiś afront pokazał tym różnym możnym tego świata. Ale on szedł drogą św. Brata Alberta. On co roku pisał listy do robotników i wzywał ich: Na miłość Boską, organizujcie się! Dbajcie o swoją godność pracowniczą! On wprowadził trwające do dnia dzisiejszego nabożeństwo w kościele św. Anny, kazania dla młodzieży, dla akademików. Od niego się to zaczęło, on założył pierwszy komitet Caritas. Było to w roku 1913. A gdy wybuchła wojna, stworzył Książęcy Komitet Opieki, który się opiekował żołnierzami, chorymi wdowami. Po wojnie cały ten majątek Caritas przekazał Uniwersytetowi Krakowskiemu. To był człowiek, który nie liczył się z ludzkim względem, ale miał wielkie poczucie godności swojej osobistej. Wiedział, kim jest, do czego dąży i nie ulegał różnym słabościom. Bardzo nie lubił pochwał. Wyczytałem, że kiedy przyjechał pewien ksiądz i w Krakowie głosił kazanie i zaczął bardzo wychwalać biskupa, ten wstał, podszedł do ołtarza i zaśpiewał: Wierzę w jednego Boga. Po prostu przerwał te pochwały. Kościół nie jest miejscem chwalenia ludzi, biskup znał swoją godność, ale pochwał nie cierpiał. Innym razem z kolei, w 1933 r. w Wiedniu zaproszono na jakiś jubileusz wielu biskupów. Przed katedrą wiedeńską św. Szczepana przygotowano kilka krzeseł dla kardynałów. Wszyscy biskupi stali, a wśród nich staruszek, biskup Teodorowicz. Wtedy Sapieha zdenerwował się i kazał przynieść sobie i biskupowi Teodorowiczowi jakiś stołek. Nie dostał niczego do siedzenia, więc paradnie przez cały plac wyszedł z uroczystości. Ruch się zrobił, kanapę przynieśli z pałacu biskupiego, żeby sobie stary kardynał usiadł. Zepsuł całe nabożeństwo, żeby dostrzegli potrzebującego człowieka. Zawsze stać go było na to ,żeby stanąć w obronie swojej godności i w obronie godności innych ludzi. Czynił tak nawet wobec okupantów. W dzisiejszych czasach jest to szczególnie ważne – kiedy upadek ludzkiej godności jest tak straszny, kiedy wśród najwyższych urzędników państwowych dostrzegamy takich lizusów bez zasad, bez kręgosłupa moralnego. Umiejmy poszanować naszą własną godność, godność ludzką, godność chrześcijańską, godność Polaka. Umiejmy stawać w obronie tej godności, miejmy ambicję wynikającą z tego, że jesteśmy katolikami i Polakami. Strzeżmy swojej tradycji, przekazujmy ją innym, nie wstydźmy się tego. Niech ten trzeci gość, którego dziś zaprosiłem do Kolegiaty, uczy nas poszanowania tej godności. I te trzy myśli niech wystarczą do dzisiejszego kazania. Amen.
 


Red.
wstecz