Kolegiata pw. Bożego Ciała w Jarosławiu
Witaj na kolegiata.org !

Witaj na kolegiata.org !

Gromadzimy się na Eucharystii, świadomi wspólnego dziedzictwa, któremu na imię Polska. Słowo dziedzictwo ma ogromne znaczenie, bo – jak mówił Ojciec Święty – my wszyscy wobec tego dziedzictwa musimy dać świadectwo. Musimy zająć jakieś stanowisko; określić, jaką to dziedzictwo ma dla nas wartość. Czynimy to nie tylko po to, aby uświadomić sobie wielkość owego dziedzictwa, ale również, by zastanowić się, jak je obronić i jak dodać do niego swój wkład. Jeszcze kiedy Ojciec Święty był kardynałem, pisał w ten sposób: Każde nowe pokolenie powołane z woli Stwórcy do życia pod polskim niebem musi się zmierzyć z polskim dziedzictwem, opowiedzieć się względem niego. To dziedzictwo – pisał przed laty kardynał Wojtyła – na które składają się pokolenia, stulecia, osiągnięcia i upadki, zwycięstwa i klęski. Nie żyjemy poza dziedzictwem, żyjemy nim, a na imię mu Ojczyzna, naród. Czym jest dla nas to dziedzictwo narodowe? Czy jest wartością, za którą się opowiadamy, a kiedy trzeba gotowi jesteśmy ponieść ofiarę? Czy też – jak wielu współczesnych – jesteśmy coraz bardziej obojętni na te wartości, w pogoni za własnym dobrem?
Dzisiaj jesteśmy świadkami pięknej uroczystości – obchodzimy Święto Odzyskania Niepodległości. Podkreślmy: wielokrotnie odzyskiwanej niepodległości. Co oznaczają te słowa? Wiemy, że kryje się za nimi wielkie bohaterstwo tych, którzy bronili dziedzictwa, a także nasze słabości. Między innymi wspominamy ten trudny moment, kiedy to odzyskiwaliśmy niepodległość po 123 latach niewoli. I ciągle pytamy, jak to się stało, że w środku Europy naród, który miał wiele milionów ludzi, który mógł się poszczycić wielkimi osiągnięciami, naród chrześcijański, który wydał tylu wspaniałych świętych, został wymazany z map – i to aż na 6 pokoleń? Jak to możliwe, że zdołaliśmy odzyskać tę niepodległość? Musimy uczciwie odpowiadać na pytania związane z przyczynami utraty niepodległości. Wiemy, że ze wstydem trzeba przyznać się do ówczesnej słabości, prywaty. W tamtym czasie – jak to mówiono – kraj nierządem stał. Kraj bez jedności, bez skupiania się wobec wspólnych celów to kraj słaby, narażony na agresję i chęć podbicia go. Dlatego staliśmy się po prostu niewolnikami. W tych trudnych dla Polaków czasach bywało i tak, że nie wolno było mówić w języku ojczystym. Jedynym miejscem, gdzie słyszało się polską mowę, był Kościół, który również doświadczali zaborcy. Kiedy zastanawiamy się, jak to możliwe, że przetrwaliśmy, to dochodzimy do stwierdzenia, że Polacy mieli mocne korzenie, mocne fundamenty. Na nich budowana była polskość, cały nasz dorobek wielu wieków. Tym fundamentem były chrześcijańskie korzenie. Tym fundamentem była nasza wiara, jedność wokół Chrystusa. Dzieje państwowości polskiej łączą się z chrztem – duchową przynależnością do Chrystusa. Pomogła świadomość, że jesteśmy dziećmi jednego Ojca, że ostatecznie dobro musi zwyciężyć zło. Tamte czasy odznaczają się śladami zdrady, ale również pięknymi śladami bohaterstwa. Nie brakowało Polaków, którzy nigdy nie pogodzili się z niewolą, byli gotowi ponieść wielką ofiarę za Ojczyznę. Stąd wzięły się powstania. Bohaterska postawa – nie zapominajmy – stała się przyczyną wielu nieszczęść, utraty zdrowia lub życia. Niejeden znalazł się wówczas w więzieniu lub został wydalony z Ojczyzny – przede wszystkim na Sybir. Polacy jednak nie tracili poczucia tożsamości. Nie tylko mówili pacierz po polsku, ale wyznawali tradycje polskiego rycerstwa. Starali się dbać o swoje dobro narodowe, wierząc, że Polska musi kiedyś powstać. O tym marzyli poeci, pisarze, do tego nawoływali polscy emigranci. Często były to jedyne słowa nadziei, otuchy. W tym czasie Zygmunt Krasiński pisał: „Cokolwiek będzie, cokolwiek się stanie, jedno wiem - tylko sprawiedliwość będzie, jedno wiem, tylko Polska zmartwychwstanie”. Te słowa – podobnie jak słowa pieśni „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie” były tymi, które umacniały. One spowodowały, że kiedy pojawiła się sprzyjająca okazja i zawierucha wojenna, dała szanse do odzyskania niepodległości. Z tym większym zaangażowaniem Polacy walczyli o wolność.
To nasze dzisiejsze święto jest okazją między innymi do tego, aby uznać wkład naszego wojska, naszej armii, której zadaniem było bronić niepodległości. A zadanie nie było łatwe i zawsze łączyło się z polską krwią. Gdy nadszedł 11 listopada 1918 roku, to zaczątki polskiej armii, spontanicznie zmontowane polskie wojsko musiało przejść przez wiele różnych dróg. Może warto dzisiaj wspomnieć, że żołnierz polski do zmartwychwstania 11 listopada wędrował szlakiem legionów – aż po kryzys przysięgowy i obozy w Szczypiornie oraz Benjaminowie. Z 4. dywizją generała Lucjana Żelidowskiego, z błękitną armią generała Józefa Halera szedł konspiracyjnymi drogami polskiej organizacji wojskowej, która – warto o tym pamiętać – siatką swych placówek objęła cały obszar dawnej Rzeczypospolitej (aż po Kijów i Smoleńsk). Polski żołnierz szedł spod broczącego krwią swych ogrojców zawsze wiernego Lwowa. Kiedy jest trudno, kiedy jest nam źle, kiedy gnębią nas inni, to my, Polacy, potrafimy się zmobilizować. Tak też stało się w 1918 roku, kiedy po 123 latach wreszcie odzyskaliśmy wolność. Pomogli w tym między innymi Polacy z Komitetu Polskiego Narodowego w Paryżu, którzy przez cały czas próbowali obudzić uśpione sumienie Europy. Entuzjazm wtedy był wielki. Zaraz na początku 1919 roku wszyscy Polacy poszli do wyborów do Sejmu ustawodawczego. Wiedzieli, że państwo jest silne, jeżeli jest dobre prawo. Wtedy wszystko na nowo się rodziło, ale pojawiały się i zagrożenia. Polacy dobrze wiedzieli, że jeśli sami są słabi, to trzeba wrócić do korzeni, Pana Boga. To trzeba jeszcze raz wrócić się do Hetmanki Narodu Polskiego. Może właśnie dzięki temu losy Polski potoczyły się tak, a nie inaczej. Dziś wielkie wydarzenia z 1920 roku nazywamy cudem nad Wisłą. Chcemy w ten sposób uczciwie przyznać, że to nie była sprawa tylko ludzka. To, że bolszewicy nie zalali całego współczesnego świata europejskiego, to zasługa nie samych doskonałych przywódców, ale i Bożej interwencji. Naród się modlił, naród uzyskał pomoc. To pięknie, że możemy pochwalić się tymi kartami historii, kiedy to pojawiła się wspaniała mobilizacja. To dobrze, że znalazł się tak charyzmatyczny człowiek jak Józef Piłsudski. Wtedy okazało się, że możemy budować państwo. Możemy budować podwaliny oświaty, wojska, służb mundurowych. Okazało się, że pieniądz może być mocny, a Polska może odzyskać znaczenie międzynarodowe. Chyba zabrakło nam trochę czasu, bo wróg nigdy nie dał za wygraną. I niestety wkrótce trzeba było stracić wolność. Najechano na nas najpierw z zachodu, a potem jak zwykle ze wschodu. Kiedy przyszedł rok 1945, wydawało się, że będziemy wyzwoleni. Pozornie wolni, staliśmy się zakładnikami i niewolnikami innego totalitaryzmu. Cóż z tego, że dumnie mogliśmy nazywać się Polską? Cóż z tego, że nasz orzeł dumnie trzepotał na flagach narodowych? Brakowało czegoś... brakowało korony na orle. Cóż z tego, że mieliśmy Wojsko Polskie, nawet silne i liczne, kiedy stacjonowała obca armia? Cóż z tego, że budowaliśmy swoją gospodarkę, kiedy w każdej komórce gospodarczej w większym zakładzie byli agenci ze wschodu, którzy decydowali, jak ma się rozwijać gospodarka. Dyktowali, ile trzeba wpłacić daniny. Wydawało się, że już nie ma siły na totalitaryzm. I znowu na wołanie Kościoła przyszedł nam z pomocą Bóg – poprzez opatrznościowego Polaka – Papieża. Dziś często słyszymy słowa, które odwróciły wszystko nie tylko w Polsce, ale i w świecie. Dziś wiemy, że zawołanie Ojca Świętego sprawiło, że Duch Święty zawiał w całej Europie. Dziś nawet przyznają to wielcy tego świata, bo chyba nie mają wyjścia – jeśli chcą z twarzą spojrzeć przyszłym pokoleniom. Ale czy dobrze zagospodarowujemy tę wolność, którą przyniósł nam nowy zryw narodowy pod znakiem Solidarności? Czy my przypadkiem znowu połowicznie nie zagospodarowujemy wolności? Przyznajemy Ojcu Świętemu, że stał u podstaw obalenia komunizmu. Jednocześnie zapominamy, że właśnie to ten człowiek pokazał nam, jak budować świat. Świat, który określał cywilizacją miłości. Świat, w którym ponad sprawiedliwością (często źle rozumianą) będzie miłość i miłosierdzie. Nie tylko świat tego nie chce rozumieć, nie chce wcielać w życie. Czy my pamiętamy o tym dziedzictwie? Czy my, jako Polacy, naród, z którego wyrósł Ojciec Święty, nie ograniczamy się przypadkiem do tylko powierzchownych wzruszeń, czasami nawet bardzo szczerych łez? Czy próbujemy żyć świadectwem miłości – jak uczył nas Jan Paweł II?
Kiedy spojrzymy na dzisiejszą rzeczywistość, wydaje się, że znowu dochodzą do głosu polskie słabości – może nie takie jak w XVII czy XVIII wieku. Ale czy nie tracimy czasu na zbędne dyskusje? Czy przypadkiem nie powodujemy brutalizacji życia? Wielcy tego świata spierają się w różnych sprawach. Dla przeciętnego człowieka są one błahe. Przeciętny Polak chce wiedzieć, jak będzie wyglądała służba zdrowia, czy będzie nadal bezrobotnym, czy będzie miał szansę utrzymania swojej rodziny. Przeciętny człowiek chce mieć poczucie, że rządzący mają na względzie dobro narodowe, że dobrze rozumieją, co znaczy dziedzictwo narodowe, że rzeczywiście troską ich wszystkich jest to, aby owo dziedzictwo obronić i pomnożyć. Tymczasem, odsuwając nauczanie Ojca Świętego, sprawiamy, że ludzie nie rozumieją obecnej sytuacji. Często nie potrafią się odnaleźć, znaleźć są sfrustrowani i załamani. Brutalizacja życia politycznego ma też skutki ekonomiczne i wychowawcze. Jeżeli kłócą się dorośli, to kłóci się i młodzież. Coraz bardziej agresywne są dzieci. Jeżeli dorośli nie mogą dogadać się co do wspólnego prawa, to potem dzieci skupiają się na agresji, którą wynoszą z gier komputerowych. Kiedy widzą, że politycy chcą jeden drugiemu dołożyć, to oni również to robią, wymierzają sprawiedliwość – i to najlepiej tak spektakularnie, żeby kogoś zastrzelić, urwać głowę, wysadzić. To imponuje, to rozładowuje. Kiedyś w okresach pokoju ćwiczyło się sprawność i zdrową rywalizację. Dobrze ukierunkowywało się siły witalne, a dziś te siły witalne ukierunkowane są zupełnie błędnie. Czy jesteśmy silni wewnętrznie, czy jesteśmy spójni, czy jesteśmy jednością? Odchodzimy od prawa naturalnego, kwestionujemy coraz śmielej decyzje Ojca Świętego. Próbujemy naginać przykazania, jeśli nie potrafimy im sprostać. Próbujemy nawet w małych grupach kwestionować założenia Księdza Biskupa. Próbujemy włączyć w to księży, namawiając ich, aby nie byli lojalni wobec swojego pasterza. Zaczyna się niewinnie, a potem skutki są różne. Nie tak buduje się zdrowe społeczeństwo. Opinia międzynarodowa będzie liczyła się z nami tylko wtedy, jeżeli będziemy jednością, jeżeli w tej jedności będziemy potrafili budować dobrą gospodarkę. Będziemy szanowani, jeżeli nie będziemy tylko zadowalać się poklepywaniem po ramieniu, będziemy zadowalać się uśmiechami, okłamując się, że jesteśmy ważni i że inni się liczą – podczas kiedy zwykły człowiek widzi proste zagrożenia – choćby z uzależnieniem energetycznym.
Kochani! Te pytania o tyle są ważne, że przed nami nowe, ogromne zagrożenia. Ostatnie tygodnie przyniosły nam wydarzenia, które pokazują, że podważane są nawet fundamenty europejskie. Fundamenty europejskiej wolności – w tym polskiej wolności. W takim kontekście trzeba odczytać między innymi tragiczny w swych skutkach wyrok sądu w Strasburgu, który nakazuje likwidację krzyży we wszystkich szkołach włoskich. Atak na krzyże... Warto sobie uświadomić, czym jest krzyż w naszej europejskiej cywilizacji? W naszej rzeczywistości może posłużmy się najpierw oficjalnymi komunikatami i reakcją państwa watykańskiego, bo przecież „Orzeczenie trybunału w Strasburgu podyktowane pragnieniem ochrony praw człowieka kwestionuje korzenie, na których opierają się te prawa, odmawiając znaczenia roli religii, a w szczególności chrześcijaństwa, budowanie tożsamości europejskiej i afirmacji centralnego miejsca człowieka w społeczeństwie”. W imieniu Episkopatu z kolei ksiądz biskup Stanisław Budzik mówi w ten sposób: „Dla kultury europejskiej, w której wyrastamy, krzyż zawsze był źródłem mocy i mądrości. Jeśli odrzucimy krzyż, to na jakich wartościach będziemy budować Europę?”. Już w czasach Nowego Testamentu krzyż był zgorszeniem i głupstwem. Dla tych zaś, którzy uwierzyli w jego moc, stał się źródłem wielkiej duchowej odnowy. Krzyż jest objawieniem największej miłości Boga do człowieka. Kochani, to wielkie wyzwanie! Oburza się cały myślący świat, który zdaje sobie sprawę, że na chrześcijańskich korzeniach zbudowana jest cała europejska cywilizacja. Jak zauważają publicyści, chcąc konsekwentnie iść tą drogą, trzeba by zlikwidować wszystko, co kojarzy się z tym znakiem: świątynie, kaplice, flagę fińską. Pewna osoba podała do Strasburga, że na fladze fińskiej jest krzyż... W ten sposób dochodzimy do absurdu. Jest to jednak absurd realny i niebezpieczny. Wymaga on od nas szczególnej mobilizacji. Jedność jest potrzebna, aby stanowić silną Polskę i by dać opór współczesnym, bardzo niebezpiecznym wyzwaniom. Chyba mamy słuszne wrażenie, że w najbliższym czasie stoczy się wielka batalia o podstawy, o korzenie naszej europejskiej cywilizacji. Nie czekajmy na to, że przyjdzie jakiś opatrznościowy mąż, który załatwi za nas wszystko.
Warto na koniec wrócić do słów Witosa. Mówił on, że wielkości państwa nie zbuduje żaden geniusz, lecz świadomy swych spraw i obowiązków naród. Jednak nie zbuduje się mocnego państwa jeśli tym, którzy są do tego powołani, zabraknie sił moralnych. Potrzebna jest jedność zasadom sumienia i odporności na trendy płynące z obcych źródeł. Niektórzy stawiają w kontekście tego święta pytanie, co znaczy być dzisiaj odważnym i mężnym. Trzeba sobie odpowiedzieć wprost. Dziś być odważnym i mężnym to być uczciwym, to żyć zgodnie z sumieniem. Czasami to rzeczywiście jest bohaterstwo – ale wtedy trzeba pamiętać słowa Papieża: Polska – to imię nas wszystkich kosztuje. To imię nas wszystkich zobowiązuje. Krzyż nas zobowiązuje, Polska nas zobowiązuje. Amen.